Galeria Borowski w Warszawie

Dodano 6 grudnia 2013, w Bez kategorii, przez Darek


 

Takiego Mikołaja jeszcze w życiu nie miałem. W śnieżne południe próbowałem się przebić do ulicy Karowej w Warszawie od strony Wisły. Okazało się, że jest to niemożliwe, bo od strony Furmańskiej stanęły ogrodzenia i trybuna, a od Browarnej ogrodzenia, znaki zakazu i Straż Miejska. Będzie rajd.

Zaparkowałem tam gdzie mogłem, czyli 500 metrów dalej, w pobliżu Instytutu Filologii Germańskiej. Zaciągnąłem czapkę, zapiąłem kurtkę, zarzuciłem sprzęt fotograficzny i ruszyłem na walkę z Orkanem Ksawery. Cel Galeria Borowski.

Jeszcze latem, jako redakcja Szkła i Ceramiki, wizytowaliśmy hutę szkła w Tomaszowie Bolesławieckim… To były przeżycia estetyczne najwyższej klasy. Artystyczne szkło na takim poziomie, że tylko patrzeć i patrzeć… Od Pawła Borowskiego dowiedzieliśmy się, że  firma otwiera przedstawicielstwo w stolicy właśnie przy ulicy Karowej.

Przesadziłem kilka barierek, schodami wspiąłem się na skarpę i stanąłem przed kamienicą nr. 18a. Szczupłe okna wystawowe a za nimi bajkowy świat kolorowych szklanych kształtów. Sterylnie, czysto, światowo. W środku krzątają się dwaj mężczyźni. Rozpoznaję Pawła Borowskiego, popycham drzwi i wchodzę.

- Dzień dobry! Niesamowicie to wszystko wygląda! Gratuluję!

- Szykujemy na poniedziałek. Jeszcze tylko kilka drobiazgów i gotowe.

Rozmawiamy chwilę pośród bajkowego szkła. Pada propozycja wypicia kawy na Krakowskim Przedmieściu. Idziemy w górę ulicy, skręcamy przy hotelu Bristol w lewo, dochodzimy do przytulnej kawiarenki i raczymy się ciepłym Cappuccino z gorącym scroissant’em rozmawiając o kondycji szkła artystycznego w Polsce, planach Galerii, współpracy z dwumiesięcznikiem „Szkło i Ceramika”  oraz o wszystkim tym o czym w takich razach rozmawiać wypada.

Po powrocie na Karową 18a robię zdjęcia w środku, na zewnątrz i już wiem, że Warszawie przybył Salon Wyjątkowy. Ciekawe jak zostanie przyjęty, ale jestem pewien, że stanie się obiektem pielgrzymek ludzi szukających piękna.

Otwarcie już w poniedziałek 9-tego grudnia 2013 roku.

 

KOMUNIKAT

Dodano 21 listopada 2012, w Bez kategorii, przez Darek

STARY ADRES  GARNCARZA

JUŻ AKTUALNY

Kliknij TU

 

PRZYJACIELE

Dodano 1 listopada 2012, w Bez kategorii, przez Darek

 

Usiadłem na ławce w cieniu kryjąc się przed ostrym słońcem. Po parku snuli się jakby ciągle ci sami kuracjusze. Kolejny raz młody mężczyzna ubrany na czarno, z mickiewiczowską powagą, z książką w ręku I z szeptem na ustach zbierał punkty od obserwatorów.

- Podobno aktor, dopiero co po studiach, przyjechał role wkuwać…

- A ja słyszałam, że młody prawnik.

- Gdzie tam. Pomocnik w łaźni. Ma przerwę, to udaje inteligenta.

Starsze panie schowane pod parasolkami zmieniły temat, bo zza drzew wyłoniła się irytująca para. Duża pani z małym panem czubkiem głowy sięgającym jej pokaźnego biustu.

- Podobno zakochani w sobie do nieprzytomności…

- Widać to w ich maślanych spojrzeniach.

- Słyszałam, że w ciąży…

Alejką nadeszły trzy młode dziewczyny, którym towarzyszył młodzieniec wyraźnie utykający na lewą nogę. Co  by on nie powiedział,  one wybuchały śmiechem.

Spojrzałem w niebo. Żar rozlewał się bez przeszkód. Ani jednej chmurki. Nagle poczułem, że kamyczek przeturlał się po mojej stopie.

- Co, nudzimy się?

- Trochę…

- Staszek. Z Krakowa jestem. Założysz się, że mnie nie dogonisz?

Wystartowaliśmy w kierunku fontanny z Jasiem i Małgosią. Staszek poruszał się jak dzwonnik z Notre Dame, ale nie miałem żadnych szans. Zostałem w tyle zastanawiając się, o co się założyliśmy…

- Mówiłem! Nie załamuj się. Ćwiczę, bo muszę z Heinemedina walczyć. Na co się leczysz?

- Na nic. Przyjechałem z rodzicami odpocząć.

- Dlatego taki słaby… Masz jakieś plany na dzisiaj?

- Łazić, siedzieć, łazić, siedzieć, może lody, może woda sodowa i na kwaterę…

- Kończysz podstawówkę? Ja już zawodówkę. Będę zegarmistrzem. Mam zaklepany warsztat.

- Będziesz kukułki naprawiał?

- To też. Choć, poznam cię z przyjaciółmi. Przerwa obiadowa, powinni być w pokoju.

Wyszliśmy z parku. Skręciliśmy w szeroką aleję z zabytkowymi sanatoriami i po paru minutach weszliśmy do nowoczesnego budynku.

- Patrz! Moja piękna jedzie…

Od windy poruszała się na wózku dziewczyna o pięknej twarzy. Resztę ciała opanowała choroba.

- Podoba mi się, ale nie chce ze mną gadać. Może jeszcze zmięknie…

Staszek witał się z każdym, a wszyscy bardzo serdecznie na niego reagowali.

Pierwsze piętro. Koniec korytarza. Pukamy do drzwi. Cisza.

- Trzeba im dać chwile na ubranie się… To ja, Staszek!

- Właź!

Weszliśmy.  W fotelu wylegiwał się Marek. Jola przemknęła do łazienki z tajemniczym uśmiechem na ustach i stanikiem w ręku. Z pokoju obok przyszły Ula i Magda. Każdy coś miał, a właściwie nie miał: albo całej ręki, albo dłoni, albo stopy. Jedynie Ula, malutka, piękna istota, była kompletna. Z czasem okazało się, że urodziła się z sercem po prawej stronie i z tego powodu przebywała w sanatorium.

Moi nowi przyjaciele przez chwilę dziwili się, że jestem tu bez powodu, ale szybko przestało im to przeszkadzać, tak jak mnie ich fizyczne ułomności. Każdy dzień spędzaliśmy razem. Oprowadzili mnie po tężniach, zaprowadzili nad Wisłę, pokazali rąbek nocnego życia w restauracji z dancingiem przy osławionym grzybku, czyli leczniczej fontannie.

Któregoś razu poszliśmy na otwarty, solankowy basen. Było tak tłoczno, że szukając miejsca prawie wszedłem na protezę lewej ręki i prawej nogi. Staszek uśmiechnął się, rozejrzał i skinął głową w kierunku siedmiometrowej wieży do oddawania skoków. Po jej schodach podskakiwał właściciel obu protez. Kiedy stanął na szczycie, zaległa cisza. Skoczył. Kilku mężczyzn poderwało się w kierunku basenu, ale skoczek wynurzył się z wody i z wielką wprawą dopłynął do brzegu, by ponownie dostać się na szczyt i oddać kolejny skok.

- Przywykniesz.

Przywykłem i nie zapomniałem. Pamiętam tych moich przyjaciół, ten cały inny świat po dziś dzień.

Po 46 latach znalazłem się  we Włocławku na ceramicznym spotkaniu. Kolega rzucił od niechcenia:

- A może wstąpimy do Ciechocinka? To tylko 30 kilometrów…

Wstąpiliśmy  i choć miasteczko wypiękniało, to jednak odnalazłem w nim swoje wspomnienia.

 

Nieśmiertelny Włocławek

Dodano 23 października 2012, w Bez kategorii, przez Darek

Październik 2012

Jesień brzegi Wisły obsypała złotem. Z błękitem rzeki i nieba, z promieniami intensywnego słońca stworzyła obraz wyjątkowo piękny. Jazda samochodem tak inkrustowanym krajobrazem to sama przyjemność. Tym razem przez Mazowsze zmierzałem na Kujawy. Jeszcze w latach siedemdziesiątych dwudziestego wieku jeździłem tędy dość często. Szczególnym rodzajem transportu był żuk rozwożący każdego ranka Trybunę Ludu. Pan Kierowca, od którego zależało, czy za symboliczną opłatą przejedzie się z Warszawy do Torunia, swój służbowy pojazd upiększał niezwykle gustownie. W oknach powiewały firanki, na szczycie przedniej szyby finezyjnie huśtały się frędzelki, centralnie świecił bukiecik plastykowych kwiatków mocowanych do szyby na przyssawkę. Podróż w oparach świeżej prasy urozmaicana była przerwami w różnych niezbędnych sprawach; na grzybobranie, na zbiory orzechów laskowych w lesie leszczynowym, na zakupy, albo na chwilę erotycznej przyjemności z dawno nie widzianą atrakcyjną koleżanką … Pomiędzy tymi przerwami auto mknęło niczym rakieta. Blaszana karoseria wydawała przeróżne tony, a pasażerowie wydzierali się do siebie by ją przekrzyczeć.

Tym razem podróż przebiegała bardziej komfortowo. Nie wiedzieć kiedy minąłem Płock i dotarłem do Włocławka. Postanowiłem zwiedzić nieco dokładniej miasto, w którym bywałem zawsze przejazdem. Impulsem do tej wycieczki stała się zorganizowana przez Muzeum Ziemi Kujawskiej i Dobrzyńskiej wystawa z historii fajansu włocławskiego w 60-tą rocznicę utworzenia Ośrodka Wzorcującego.

W Muzeum powitała mnie Karolina Bandziak-Kwiatkowska, główna organizatorka całego przedsięwzięcia. Oprowadziła po wyjątkowej wystawie przybliżając historię fabryki fajansu. Ceramika broniła się sama. Delikatność form i malatury ciekawie podkreślono sposobem ekspozycji. Fajans, który w latach powojennych kolekcjonowany był  w każdym polskim domu, swoją dodatkową wyjątkowość na wystawie zawdzięczał temu, że był reprezentowany przez egzemplarze autorskie. Mimo, że fabryka została zamknięta w 1991 roku, w zbiorach Muzeum pozostaje kilka tysięcy unikalnych eksponatów.

Po południu uczestniczyłem w  uroczystym spotkaniu pracowników nieistniejącej fabryki. Powitał nas   dyrektor Muzeum. Wyświetlono fragmenty ocalałych dokumentów filmowych z życia fabryki. Z sali rozlegały się  co chwila komentarze widzów rozpoznających zabudowania i pracujących w nich ludzi.Wśród gości znajdował się Lech Grześkiewicz, 99-letni artysta, który wraz z żoną wybitnie przyczynił się  do powojennego sukcesu włocławskiego fajansu.Wieczór zakończyłem w stylowych zabudowaniach Wzorcowni, usytuowanych w miejscu nieistniejącej fabryki.

Rano wycieczka. Obejrzałem katedrę,  wiślany bulwar i kościółek farny, ozdobiony freskami przez Helenę i Lecha Grześkiewiczów.

Dopiero w domu przypomniałem sobie drobny fakt z moich ceramicznych początków, czyli z czasów podróżowania z Trybuną Ludu. Kiedy znajomi dowiedzieli się o mojej glinianej pasji, obdarowywali mnie różnymi niespodziankami. Szczególny prezent dostałem od koleżanki, która miała praktyki w Fabryce Fajansu we Włocławku. Nie pamiętam jej imienia, ale pamiętam, że dała mi próbkę plastycznej gliny, miniaturowy zestaw farb podszkliwnych i słoiczek szkliwa. Z gliny ukształtowałem wisiorki, broszki, koraliki. Andrzej Rożkiewicz, z którym zgłębiałem arkana sztuki ceramicznej, ulepione drobiazgi wypalił na biskwit. Włocławskimi farbkami ozdobiłem raz wypaloną glinę. Kolega poszkliwił i wypalił miniaturki ostatecznie. Efekt zachwycił nas do tego stopnia, że postanowiliśmy nasze skarby zaprezentować szerokiemu gronu potencjalnych klientów na bazarze różności w stolicy. Niestety, pogoda okazała się sporo gorsza niż na opisanej wcześniej wycieczce. Mimo, że była to ta sam pora roku, zasypani zostaliśmy, razem z naszymi wyrobami, pierwszym śniegiem. Zmarznięci i zniechęceni poniesioną klęską szybko wyciągnęliśmy odpowiednie wnioski i dalej było już tylko lepiej.

Fotorelacja Proszę Kliknąć TU

 

Dodano 9 października 2012, w Bez kategorii, przez Darek

 

 

Dodano 27 sierpnia 2012, w Bez kategorii, przez Darek

Bogda Różycka

SŁOWO O 8.WARSZAWSKICH SPOTKANIACH CERAMICZNYCH

Dzięki wieloletniej współpracy Związku Ceramików Polskich z Centrum Promocji Kultury Praga – Południe oraz Instytutem Ceramiki i Materiałów Budowlanych 16 czerwca 2012 roku udało się ww. partnerom zorganizować już po raz 8-my Warszawskie Spotkania Ceramiczne. Spotkania są wydarzeniem artystyczno- kulturalnym. Wyjątkowość tych spotkań polega na niezwykłych – przyjemnych dla oka i nie tylko – wrażeń estetyczno-artystycznych. Tego dnia – podobnie jak w latach ubiegłych – można było zapoznać się osobiście nie tylko z dziełami artystycznymi, ale mieć niepowtarzalną okazję bezpośrediej rozmowy z artystą dzieła ceramicznego. Ponadto atrakcyjność imprezy polegała na interesujących dodatkowych wydarzeniach, czyli wystawie „Ceramiki na Wodzie”, ekspozycji „Klomby Kwiatowe” oraz wernisażu wystawy Pracowni Ceramiki Monumentalnej Rodziny Grześkiewiczów.

Nagrody w konkursie „Ceramiki na Wodzie” 8WSC otrzymali:

1. Magda Kotara,

2. Marta Wasilczyk,

3. Magdalena Łysiak.

 

W najciekawszej ekspozycji 8WSC wyróżniono:

1. Irinę Schastnają (Białoruś)

2. Andrzeja Mędrka,

3. Łukasza Kuczyńskiego.

 

Za Indywidualność Twórczą 8WSC uznano Lecha Grześkiewicza.

 

Dzieci układały mozaiki, lepiły i tak w mozaice wyróżniono Marysię Leonczuk, w lepieniu Karola Błaszkiewicza, Grzesia Mazurkiewicza, w konkursie plastycznym Szymka i Alka Cłapińskich (na co dzień braci). Każdy z wyróżnionych otrzymał upominek ufundowany przez Instytut Ceramiki i Materiałów Budowlanych oraz Centrum Promocji Kultury Dzielnicy Praga Południe m.st. Warszawy. Nagrody wręczyli: Danuta „Saga” Tomaszewska(Kurator Wystawy Na Wodzie), Ryszard Kalkhoff (Przewodniczący Komisji Kultury Dzielnicy Praga-Południe), oraz Dariusz Osiński (Prezes ZCP). Warszawskie Spotkania są organizowane co roku i kierowane są nie tylko do środowiska lokalnego, ale do wszystkich miłośników ceramiki. Z opinii odwiedzających 8 WSC mamy informacje, że spotkania podobały się dzieciom, młodzieży oraz dorosłym.

Dziękujemy za ten rok i czekamy na 9. Warszawskie Spotkania Ceramiczne.

 

Bogda Różycka

 

Fotorelacja Proszę Kliknąć TU


 

AKCJA ZAMEK

Dodano 21 lipca 2012, w Bez kategorii, przez Darek

Z Izą Cieszko współpracujemy od 1. Pszczyńskiego Festiwalu Ceramiki. Dopiero w tym roku dojechałem do Pszczyny osobiście. Zaproponowano mi przygotowanie performens. Postanowiłem wypalić Zamek. Sprawa prosta, bo podobna do mojego wypału motocykla w 2008 roku.
Sokół 600 ważył 170 kg, teraz z obliczeń wynikło, że powinienem zużyć 400 kg gliny…
Sytuacja skomplikowała się w trakcie upływu czasu, kiedy zostało już tylko dwa tygodnie. Telefon do Rytisa Konstantynaiciusa, litewskiego ceramika mieszkającego we Wrocławiu,
z którym pracowałem w czasie pleneru w Nietuliskach (2008):
- Masz czas, ochotę i uważasz, że damy radę?
- Z Tobą zawsze.
Fotografie, rysunki, wykresy, konstruowanie polowego pieca, kompletowanie narzędzi i wyjazd.
Kiedy wsiadłem do samochodu usłyszałem w radiu znajomy głos, ale o tym może na końcu…
Pilotowany przez Izę dojechałem do Pszczyny. Poznałem piękne miasteczko i ciekawych ludzi. Poszedłem pod Zamek, spojrzałem w górę… Przyznam szczerze, pierwszy raz zwątpiłem w swoje możliwości. Dostojna, klasycystyczna budowla, jakby zaśmiała się ze mnie… Dziwne wrażenie pogłębiło się po przyjeździe Rytisa, kiedy zaczęliśmy budowę, a mała dziewczyna zapytała zza barierki:
- Co to będzie?
- Zamek.
- Eeee, nie uda się wam.
Pierwszego dnia, gdy stanęły już mury, doszliśmy do wniosku, że trzeba pracować non stop. W słońcu i wietrze glina twardniała błyskawicznie. Nocą spadł deszcz. Wyrwani światłem halogenu z ciemności, wzbudzaliśmy ogólne zainteresowanie. Do wycięcia pierwszych okien nikt nie chciał wierzyć, że to będzie Zamek.
Organizatorzy odwiedzali nas systematycznie. Wolontariusze co chwila dopytywali się o nasze potrzeby. Można powiedzieć, że byliśmy rozpieszczani. W nocy mieliśmy ochronę, która czuwała nad naszą pracą, kiedy my spaliśmy.
Rano śniadanie, pyszna kawa w pensjonacie, rzut okiem na Rynek i do roboty. Zamek rósł w oczach:
- Szedłem w tamtą stronę, to stały donice, wracam, stoi Zamek!
Trzeba było jeszcze popracować do 3-4 nad ranem, wstać o 9, zjeść śniadanie i rozpocząć ostre suszenie dzieła.
Kiedy przyjechały nasze żony powiedziałem:
- Jeśli się uda, to coś Wam opowiem…
Niedziela, godzina 17.00. Obudowujemy Zamek. Uruchamiamy cztery palniki. Zapach suszonej gliny uspakaja nas.
- Będzie dobrze.
Systematycznie podnosimy temperaturę. Piec zaczyna świecić, ale… ciężkie chmury zwiastują ulewę… Pokropiło tak, że teatr plenerowy chciał odwołać spektakl. Nie odwołał. W piecu około 1200*C. Do 22.00 zostało pół godziny. Omówiliśmy kolejność czynności, zgasiliśmy palniki… Cisza… Zegar na wierzy zaczął bić, Rytis liczy:
- 1, 2, 3 i … Otwieramy!
Jest! Świecący Zamek! Westchnienie zachwytu i oklaski. Biegamy z Rytisem dookoła sypiąc trociny. Zamek płonie. Wpadamy na siebie szczęśliwi, ściskamy się gratulując wzajemnie. Widzowie klaszczą…
Dla tych kilku minut warto było zarywać noce, zdzierać paznokcie, kaleczyć szamotem dłonie.
400 kilogramów gliny, trzy dni lepienia, dzień suszenia i wypał. Rekord Świata!
- Miałeś coś opowiedzieć, jeśli się uda.
- Od kilku lat, kiedy dzieje się w moim życiu coś istotnego, w radiu słyszę Chrisa Rea… Niby nic nadzwyczajnego, ale ja go poznałem mając 12 lat. Tańczył i podśpiewywał w lodziarni swojego ojca Włocha, w Middlesbrough (północna Anglia), gdzie byłem na wakacjach u wujostwa.
Śpiewał przed otwarciem mojej indywidualnej wystawy (2004), przed 1. Warszawskimi Spotkaniami Ceramicznymi (2005), przed pierwszą wystawą z cyklu Różne Oblicza Ceramiki (Sieraków Wlk. 2006) i w wielu jeszcze innych istotnych momentach, a teraz, zaśpiewał przed moim wyjazdem z Warszawy.
Będę do niego musiał napisać, że jest moim Aniołem Stróżem.

Fotorelacja Proszę kliknąć TU

FILMY:
Rytis Konstantynavitius -
http://tiny.pl/h44jq

Franciszek Krupa –
http://tiny.pl/h4l76

MrBrickstone -
http://tiny.pl/h4l7v

 

Darek Osiński

ZAMEK PRAWIE Z PIASKU

Jeśli uformujesz z gliny jakiś kształt i zechcesz go wypalić, by stał się ceramiką, musisz go poddać żmudnemu procesowi suszenia. W normalnych warunkach trwa to nawet trzy tygodnie.

Zrobienie rzeźby o kubaturze 1,5 metra sześciennego wymaga podobnego czasu.

Na IV Festiwalu Ceramiki, oprócz tych podstawowych reguł, złamane zostaną jeszcze inne,

a wszystko to dla unikalnego widowiska…

Pół tony gliny, dwa dni rzeźbienia, dwa dni suszenia, budowa polowego pieca, kilka godzin wypału i demontaż rozgrzanych ścian pieca w niedzielną noc, tak by widzom ukazał się świecący temperaturą 1200*C Pszczyński Zamek w skali 1:40.

Pierwszy tego typu pokaz przeprowadziłem w Noc Muzeum 2008. W zabytkowej scenerii warszawskiej Fabryki Norblin wypalałem kopię przedwojennego motocykla Sokół 600, w skali 1:1.

Było to arcyciekawe przeżycie…

Po czterech latach próbuję znowu. Tym razem podjęte ryzyko jest wyższe, ale zgodził się je ze mną dzielić nieprzeciętny ceramik Rytis Konstantynavicius, z którym od dawna planowaliśmy wspólny performens.

Obiecujemy nietuzinkowe wrażenia, pokaz żmudnej pracy ceramika w bardzo przyspieszonym tempie. W każdej chwili może coś nam się nie udać, bo glina wymaga pracy w zamkniętej pracowni.

Ona nie lubi raptownego schnięcia na wietrze i nie lubi szybkiego wypału.

 

Dla widowiska podejmujemy z nią walkę przy pomocy naszego wieloletniego, ceramicznego, doświadczenia.

Proszę trzymać za nas kciuki.

 

Witam na 8.Warszawskich Spotkaniach Ceramicznych

Jeszcze dziesięć lat temu tego typu spotkania w naszym kraju nie istniały. Ceramicy, oczywiście byli, sam prowadzę pracownię od 1977 roku, ale działaliśmy jakby w ukryciu.

Dzisiaj, pokazujemy się w pełnym blasku.

O sugestiach, że nie ma sensu spotykać się w zakresie jednej branży,  nikt już nie pamięta. Ceramicy i miłośnicy ceramiki dopytują się o nasze spotkanie przez cały rok.

W ciągu ośmiu lat przeszliśmy długą drogę. Z Pola Mokotowskiego, którego urok jest niepodważalny, przez Park Skaryszewski trafiliśmy do praskiego Centrum Promocji Kultury.

Gospodarze okazali się bardzo gościnni. Zaufaliśmy sobie wzajemnie i możemy już mówić o wielu wspólnych dokonaniach. Najbardziej jednak cieszy fakt, że nowoczesna architektura CPK  i park wokół budynku, są jakby stworzona dla ceramiki.

Czy ktoś uwierzy, że dziesięć lat temu, kiedy przeszukiwałem uporczywie internet, wypatrując polskich stron poświęconych ceramice, niczego właściwie nie mogłem znaleźć. Dzisiaj ceramika polska, w zakresie informacji internetowej, dorównuje wiodącym krajom.

Każdy z nas ma stronę, albo chociażby bloga. Komunikujemy się ze sobą z łatwoscią i konieczność tworzenia internetowego środowiska ludzi zajmujących się ceramiką jest już nieaktualna. To środowisko jest i ma się coraz lepiej.

Pamiętam czas, kiedy w internecie padło hasło pierwszego zjazdu na Polu Mokotowskim. Pomysł zrodził się na jednym z Czwartków Ceramicznych… Można powiedzieć, że zawrzało. Zgłoszenia napływały z najdalszych krańców kraju. W dniu, w którym miała nastąpić inauguracja WSC ceramiczne miasteczko rosło w oczach, a kolejne samochody przebijały się alejkami parku, ludzie rozładowywali swoje skarby, stawiali namioty, witali się i rozmawiali…

Spędziłem chwilę na rogatce, którą wystawiliśmy by kierować przyjezdnych. Ruch był ogromy. Wszyscy z wypiekami na twarzach zjeżdżali się jakby w oczekiwaniu jakiegoś cudu. I cud się stał. Zorganizowaliśmy się w legion ceramików, pochwaliliśmy się przed światem, że jesteśmy, a świat przyjął to do wiadomości.

Powstał Zwiazek Ceramików Polskich. Zaczeliśmy wspólne realizacje, których klamrą spinajacą stały się Warszawskie Spotkania Ceramiczne.

Być może, uda nam się zrealizować kolejne marzenia, które przysporzą nam satysfakcji.

Każdy z nas skrywa w sobie pewen potencjał, który potrzebuje aplauzu pozostałych. Często z małego pomysłu może wyrosnąć coś wielkiego. Zachęcam do wspólnego wypalania marzeń, spotykania się, rozmawiania i tworzenia, tak, byśmy za chwilę zdziwili się, ile dzięki tym spotkaniom udało się nam zrealizować.

W imieniu Związku Ceramików Polskich i własnym,

życzę wszystkim udanych 8. Warszawskich Spotkań Ceramicznych.

Darek Osiński

Zapraszam do lektury całego Biuletynu. Proszę Kliknąć TU


 

Wiosenna bitwa

Dodano 28 maja 2012, w Bez kategorii, przez Darek

Piękną wiosnę mamy tego roku.  Z tego żaru czereśnia szybciej dojrzała. Taką ilość gości przyjmuje, że nie wiem, czy nie zawiadomić Straży Miejskiej…

W ostatnich latach te huczne bankiety przypadały akurat na  Warszawskie Spotkania Ceramiczne i kiedy umęczeni  wracaliśmy z imprezy, drzewo było już rozebrane z owoców do ostatniej pesteczki.

Spokój, cisza.

W tym roku postanowiłem, że na ptasi apetyt zareaguję w sposób nadzwyczaj inteligentny. Ostatecznie  lata praktyki robią swoje.

Wśród gałęzi umocowałem  kilka ogłoszeń  w rodzaju: Uprasza się o zachowanie spokoju! Owoce jemy do końca! Drzewo to nie toaleta! 22.00-6.00 CISZA NOCNA!

Misternie kaligrafowane kartki już po pierwszej balandze znalazłem pod drzewem dokładnie upstrzone, podziobane i podarte.

Zacząłem wspominać czasy kiedy to wypróbowywałem różnego rodzaju strachy. Od strasznych po seksowne. Ostatniego stracha, Małgośkę, z ogromnym, ręcznie formowanym biustem, ptaki potraktowały dokładnie tak samo jak wcześniejsze wersje i  jak tegoroczne kartki ogłoszeniowe.

Pewien skutek odnosiły systemy alarmowe i to te najbardziej prymitywne. Elektroniczne raczej śmieszyły  intruzów.

I tak, któregoś roku, z drzewa  do domu przeciągnąłem linę. Na jednym jej końcu, wśród gałęzi, umocowałem przeróżne dzwonki, a drugi koniec, ten przy domu, służył do nerwowego pociągania, tak, by cały zestaw perkusyjny czynił odpowiedni hałas.

Sposób doskonały, ale nie do końca wygodny.

Kilkakrotne wstawanie  skoro świt, szarpanie alarmu, w równym stopniu przeganiało ptaki, jak i mój zdrowy, zbawienny, sen. Sąsiedzi  z żalem w oczach zerkali to na mnie, to na czereśnię… Upiorne ćwierkanie podsumowywali  humanitarnym stwierdzeniem:

- One też muszą coś jeść…

Tylko dlaczego muszą akurat moje?

Wszystko oczywiście kończyło się wraz z owocami.

Teraz jednak, kiedy jesteśmy w szczycie owocowania, adrenalina burzy mój spokój.  Ani pracować, ani odpoczywać…

Eskadry ptaków szybują po słonecznym niebie atakując dorodne, słodkie owoce.

Wśród liści umocowałem ceny czereśni obowiązujące na osiedlowym bazarku. Też nic nie pomogło.

Osobiście, kiedy widzę wygórowane stawki produktów, hamuję żądzę posiadania. Ptaki najwyraźniej nie.

Postanowiłem, tak jak za młodu, z wiaderkiem w ręku, wdrapać się na drzewo i ogołocić je z czerwonego skarbu.

Pokonałem pierwsze metry, stanąłem okrakiem na dwóch konarach, umocowałem wiaderko i wyciągniętą maksymalnie ręką kosiłem, co mogłem. Naczynie wypełniło się błyskawicznie. Przyleciał szpak. Usiadł na jednym z konarów, który służył mi za grunt. Usłyszałem złowieszcze pyknięcia… Zanim zdążyłem zareagować, już z łoskotem i ogromna gałęzią leciałem w kierunku ziemi, a za mną wypełnione wiaderko. Ucałowałem matkę ziemię całą swoją nieoficjalną cielesnością. Jęknąłem ciężko, a pojemnik z czereśniami, zawadziwszy o wystającą gałąź, wysypał swą zawartość dokładnie na moją obolałą twarz. Nastała cisza. Zostałem  sam.

Przestraszone ptaki zniknęły, by już za moment  całą chmarą usiąść na zranionym drzewie i nad równie dotkniętym gospodarzem.

Cóż, chyba jednak znowu przegrałem.

 

  • RSS